16
gru
08

Panie Marku, Panie Janie, Rybo – nie idźcie tą drogą!

Zakładając nawet, że kolejne secesje w PiS nie były inspirowane z zewnątrz, jak miało to miejsce na prawicy w pierwszej połowie lat 90′, to i tak obóz prawicowy nie może sobie pozwalać na takie zjawiska, ponieważ mu się to po prostu nie opłaca.{{Potd/2006-10-10 (en)}}Plankton

Odszedł Marek Jurek, odszedł Ujazdowski. Powstała Prawica Rzeczypospolitej i ruch obywatelski Polska XXI (Mam nadzieję, że nikt nie ma już złudzeń, że ów ruch pozostanie jedynie klubem dyskusyjnym nie angażującym się w walkę polityczną). Obydwa ugrupowania mienią się prawicowymi, a różnią się w swych programach tym, że Prawica RP pozuje na bardziej prawicową niż Prawo i Sprawiedliwość, z kolei Polska XXI chce stworzyć wizerunek nowoczesnej konserwatywno-liberalnej formacji. Dziwnym trafem owe pisopochodne kanapowe środowiska nie pozostały w macierzystej partii, której nie stać było na stanie się, niczym Platforma Obywatelska, partią ,,rozdyskutowaną”. Nie będę po raz kolejny pisał, jaką mam teorię na ten temat – analogia z czasami szafy Lesiaka wydaje mi się być zasadna.

Zasadna o tyle, że oceniając sytuację racjonalnie i nie biorąc pod uwagę przesłanek świadczących o manipulacjach wewnątrz polskiej prawicy, fakt coraz to większego rozdrobnienia ogarniającego prawicową scene polityczną jest po prostu zły. Prawica RP nie zastąpi Prawa i Sprawiedliwości, stanie się co najwyżej następczynią Ligi Polskich Rodzin. Tak samo Polska XXI nie pociągnie za sobą znacznej części wyborców PiS, ponieważ jej program jest na to za liberalny. Zakładając, że rozwój sytuacji pozwoli na zaistnienie tym formacjom (mam na myśli więcej niż 5% poparcia) będziemy mieli na prawicy, zamiast jednej, silnej centroprawicowej partii, trzy mniejsze, różniące się w detalach swoimi programami – osłabiony PiS, słabą Prawicę RP i Prawicę XXI. Rozdrobniona prawica nie będzie w stanie oprzeć się ,,rozdyskutowanej” Platformie Obywatelskiej, w której znajdzie się miejsce dla każdego, kto nie lubi Kaczorów połączonej sojuszem postkomuszych interesów z Sojuszem Lewicy Demokratycznej (Od razu spieszę z wyjaśnieniem – nie piszę o PO, jako o części prawicowej sceny politycznej, ponieważ stopniowy dryf ku UWolskim korzeniom, wykreśla tę partię z owej systematyki).

Jaki potencjał będzie miała tak podzielona prawica? Owszem, z pewnością zawiążą się doraźne, może nawet nieco trwalsze sojusze w obronie konkretnych ustaw czy projektów, ale nie ma szans na trwałą współpracę. Nie ma szans na stabilną walkę w ramach opozycji, nie ma szans na zdecydowane zwycięstwo którejś z owych partii w wyborach parlamentarnych, nie mówiąc już o wystawieniu wspólnego kandydata do wyborów prezydenckich. Polska prawica, a moim zdaniem razem z nią Rzeczpospolita, nie mają interesu w podgryzaniu PiS z dwóch stron przez owe rozłamowe stronnictwa. Dlatego też ich istnienie oparte na byciu opozycją do Prawa i Sprawiedliwości jest szkodliwe. Tak samo, nawoływanie do przerzucania swego poparcia z partii Kaczyńskich na formacje Marka Jurka czy Rokity i Dutkiewicza.

Środowisko polskiej prawicy musi się ponownie skonsolidować albo skoncentrować wokół jedynej partii mającej potencjał walczyć o władzę w Rzeczypospolitej. Nowa jakość i powiew świeżości jakie rzekomo reprezentują Prawica XXI oraz Prawica RP to tylko medialny oraz wewnątrzśrodowiskowy PR. Pozbawiona ostatniej silnej partii, podzielona prawica nie ma szans na zaistnienie na polskiej scenie politycznej. Nie tędy droga Panie i Panowie. Postkomuniści już teraz zacierają ręce, patrząc na to, jak silny blok prawicy pt. Prawo i Sprawiedliwość, rozrywany kawałek po kawałeczku, stopniowo przeobraża się w polityczny plankton.

Post ten dedykuję przede wszystkim bloggerowi Rybitzky’iemu, który okazał się być wyjątkowo podatny na prorozłamową perswazję.


Podobne artykuły

Reblog this post [with Zemanta]
04
gru
08

Koalicja z SLD to fakt już teraz

Left and Democrats' logo

W opinii wielu blogerów na naszych oczach obecnie tworzona jest koalicja PO-PSL-SLD. Mówi się, że Platforma i ludowcy przejdą z fazy ukrytej współpracy z SLD w etap nieskrywanej i totalnej asocjacji z lewicą w ramach ogólnopolskiego planu zmiażdżenia Prawa i Sprawiedliwości. Lewica w obecnie urzędujących izbach parlamentarnych jest stronnictwem opozycyjnym jedynie w świetle konwenansów polskiej sceny politycznej – po prostu nie uczestniczy we władzy. Faktem jest, że SLD prawdziwą opozycją nie był nigdy.

Krytycy takiego poglądu zapewne zwrócą uwagę, że lewica zdążyła już kilka razy przyczynić się do odrzucenia, niekiedy sztandarowych projektów legislacyjnych koalicji. W ich mniemaniu, fakt, iż SLD-owcy nie kontestują pewnych pomysłów rządu, jest ostatecznym dowodem na to, że lewacy nie współpracują z władzą. Jednak w tym miejscu należy zadać kilka pytań. W jakich aspektach polityki wewnętrznej i zagranicznej lewica nie zgadza się z koalicją? Czy program lewicowców rzeczywiście tak bardzo różni się od założeń koalicji rządzącej? Faktem jest, i można się było tego spodziewać, że partia Napieralskiego obstaje przy lewicowych postulatach ponieważ nie może sobie pozwolić na utratę, i tak małego poparcia w wyniku wspierania przez swych posłów projektów sprzecznych z lewackimi założeniami programowymi. Dlatego SLD odrzuciła sześć projektów rzekomej reformy zdrowotnej. Tylko dlatego.

Jednak zapytam się przewrotnie – czy te ustawy miałyby w ogóle rację bytu w programie koalicji obecnych partii rządzących z SLD? Oczywiście, że nie. Tak samo jak w koalicji PO-PSL nie ma miejsca dla reformy KRUS-u oraz podatku liniowego. Czym więc różnią się podejmowane decyzje oraz działania opozycyjnej lewicy od hipotetycznej lewicy związanej w koalicji z Platformą oraz ludowcami? Drodzy Lewacy, Ludowcy i…PO-wcy (jak zaklasyfikować ideologicznie tę partię?) – Drodzy Moi, czekam na jasną odpowiedź popartą konkretnymi argumentami.

W mojej opinii koalicja PO-PSL-SLD jest już faktem a podpisanie umowy koalicyjnej będzie jedynie estetycznym dopełnieniem tej realnej współpracy. Będzie to zerwanie maski, którego naród i tak nie zauważy. Będzie to zjednoczenie wszystkich sił politycznych wrogich zmianom pod sztandarem walki z Prawem i Sprawiedliwością – partią będącą symbolem ostatecznego zerwania ze starym porządkiem. Starym porządkiem, którego remanent próbuje się odsunąć na jak najdalszy plan.

Reblog this post [with Zemanta]
21
lis
08

Kompleksy cierpiącego pisowca

Mówi się, że Prawo i Sprawiedliwość to ciemnogród. Mówi się, że partia ta popierana jest przez stetryczałych dziadków o archaicznym spojrzeniu na świat, których od jakiegoś czasu nazywa się ,,moherami’. Niektórych wręcz kłują w oczy rzekome anachronizmy owego ugrupowania, bez których podobno bez wahania rzuciliby się w jej objęcia.

Takie opinie bolą starszych ludzi nadal wierzących w prawdziwie wolną Rzeczpospolitą. Bolą też konserwatywną młodzież, która szanuje swoich przodków od rodziców wzwyż, właśnie za to, że przechowują oni wartości i tradycje które ci młodzi ludzie pragną kultywować. Wymienione wyżej opinie bolą szczególnie, gdy padają z niespodziewanej strony. Ze strony sojuszników w walce o Sprawę przez dużą S, którzy poddali się medialnej zawierusze i stając w jednym rzędzie z największymi przeciwnikami światopoglądowymi, sami zaczęli rzucać mięsem.

Pewnym jest, że przedstawiony dziś na blogerskiej scenie pomysł odcięcia się partii PiS od jej najwierniejszego, ,,moherowego” elektoratu to absurd. Czym musiałoby się stać Prawo i Sprawiedliwość, by skłonić do siebie wyborców Platformy Obywatelskiej lub sympatyków Polski XXI i tylko na nich bazować? Kto musiałby zasiąść na fotelu prezesa PiS, by owa żądna chleba i igrzysk tłuszcza wreszcie przestała kręcić nosem? Czy starczyłoby polskich modelek i modeli oraz rodzimych celebrities do obsadzenia wszystkich ważniejszych stołków oraz pieniędzy do stworzenia spotów wyborczych wbijających się w głowę jeszcze skuteczniej niż tandetne slogany z reklam proszków do prania? Załóżmy, że tak. Tylko czym wtedy stałoby się Prawo i Sprawiedliwość?

Ów bezsensowny pomysł i dzika wręcz krytyka przywiązania do tradycyjnego elektoratu to efekt kampanii ośmieszania PiSu prowadzonej ustawicznie od 2005 roku. Niektórzy z nas, wyborców Prawa i Sprawiedliwości, dali się ponieść fali medialnej krytyki i zmanipulowani, zaczęli wstydzić się za popieraną partię. Obecnie, żaden z internetowych pisowców nie jest w stanie wypowiedzieć się pozytywnie o tej formacji, bez jednoczesnego wypunktowania wszystkich jej wad i potknięć z przestrzeni ostatnich 3 lat. PiS nie może być według czyjejś opinii po prostu dobrą partią. PiS to dobra partia, ale – to zbitek słów od którego wypada zacząć każdą wypowiedź oceniającą działalność partii Kaczyńskiego.

To kompleks niższości podobny do tego, jaki przedstawiają Polacy, tłumaczący się przed przyjaciółmi z Zachodu za swój kraj, że nie jest on tak idealny jak rzekomo doskonała i nieposiadająca wad zachodnia Europa. To sukces antypisowskiej propagandy, na którą wielu z nas tak narzeka. To zaprzeczenie tego, w co wierzyliśmy i o czym mówiliśmy popierając Prawo i Sprawiedliwość przez te wszystkie lata.

Aż chciałoby się rzec – Et Tu Rybitzky contra PiS?

18
lis
08

Koniec roku miodowego

Minął rok od rozpoczęcia się rządów doskonałej w każdym calu koalicji PO-PSL a w polskich mediach da się już zaobserwować pewne symptomy znużenia ekipą Tuska i odchodzenia od taryfy ulgowej od początku obowiązującej działania tych ludzi. Owo zjawisko, w połączeniu z rozpoczętą właśnie kampanią informacyjną Prawa i Sprawiedliwości, może doprowadzić do z dawien wyczekiwanego przez oszołomską brać stopniowego upadku Rządu Miłości.
Civic Platform's logo
Informacje z jednego dnia znalezione przeze mnie na portalu Onet.pl świadczą o tym, że panowie z ITI postanowili przykręcić nieco śrubę Donkowi i na zachętę do skuteczniejszej obrony ich interesów uderzają w Rudego trzema artykułami nieprzychylnymi wobec PO. Otóż, z informacji zamieszczonych na Onecie możemy dowiedzieć się, że stanowczy i twardy wobec nielegalnych działań rydzykowskiej fundacji ,, Lux Veritas” Tusk, jednocześnie zdawał się być ślepy na działania swoich najbliższych politycznych kolegów i krył fundację Pawlaka. Takich niusów o PO na łamach polskojęzycznych mediów nie uświadczył nawet najbardziej wprawiony w poszukiwaniach szperacz, aż do dziś, kiedy krytyczne wobec Partii Obietnic informacje wylewają się strumieniami z niesławnego Złonetu.

Następny artykuł informuje młodego, wykształconego obywatela z dużego miasta, iż wierny kompan Tuska – Sławomir Nowak poumieszczał kolegów z założonej przez siebie firmy Signum Promotion w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Któżby pomyślał, że ten wspaniały człowiek o nieskazitelnej reputacji jest zdolny do jakiegokolwiek złego czynu a co dopiero, do tak zuchwałego nepotyzmu? Przecież jeśli w rządzie koalicyjnym PO-PSL dzieje się coś złego, to na pewno musi się to dziać w gronie ludowców – tak przynajmniej kazały nam myśleć prawomyślne media. Owa informacja podana do wiadomości publicznej przez RMF znajduje się obecnie ( wpół do trzeciej po południu) na stronie głównej Onetu. Na łamach owego wątpliwego medium to coś nowego i być może zapowiedź zmian. Na gorsze dla PR – u Platformy, na lepsze dla Polski.

Takim samym symptomem zmian może być artykuł numer trzy – dowiadujemy się z niego, że sąd sądzący działacza PO Cezarego A. odstąpił od uwięzienia oskarżonego i nałożył na niego jedynie dozór policyjny. Od dawien dawna propeowskie medium wygrzebuje mało istotny ale symptomatyczny fakt dotyczący człowieka Platformy i ustawia go w rzędzie na stronie głównej z dwoma aferami, co w efekcie może zaowocować znaczącym spadkiem poparcia dla rządów koalicji wśród młodych, wykształconych. Totalne novum! Czegoś takiego na łamach polskojęzycznych mediów nie było. By krytykować – zawsze chętni, ale żeby krytykować PO? Coś musiało się stać, że za wielkim biurem pana Waltera postanowiono odejść od ultrapropeowskiej linii partii, do tej pory jedynie na łamach internetowej filii imperium ITI.

Czy stało się tak, bo ludzie mediów popierający do tej pory PO, po roku jej nieudolnych oraz bezowocnych rządów stracili nareszcie cierpliwość i, krzycząc w duszy ,,mea culpa!”, rzucili się do prawdziwej dziennikarskiej roboty? Czy może chodzi o to, że Walter chce wymusić jakieś polityczne ustępstwa na Tusku? Tak czy siak, faktem jest, że to zjawisko nie przejdzie bez echa. Niebawem okaże się, czy jest to zjawisko odosobnione, czy też świadectwo postępującej frustracji w środowiskach do tej pory popierających władzę. Minął rok rządów Donalda Tuska a jego uśmiech w telewizji wygląda coraz mniej pewnie. Chyba nawet najzatwardzialsi patrioci powinni zmusić się i wrócić do obserwacji prorządowych mediów – wszystko wskazuje na to, że będzie się tam niebawem wiele działo.

P.S.: 16 października minął również rok, od czasu kiedy założyłem swój blog na Blogspocie. Wszystkim czytelnikom, dyskutantom i krytykom dziękuję za spędzony wspólnie, owocny, mam nadzieję dla obu stron czas. Pozdrawiam Was serdecznie.

Podobne artykuły

Reblog this post [with Zemanta]
13
lis
08

Opcja jeden – zero

Rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew ogłosił dziś na łamach francuskiej gazety ,,Le Figaro”, że gotów jest wycofać się z planów rozmieszczenia rakiet ,,Iskander” na terenie Obwodu Kaliningradzkiego w zamian za ostateczne pogrzebanie amerykańskiego projektu tarczy antyrakietowej przez prezydenta-elekta Baracka Obamę.

Tym samym Rosja rozochocona zwycięstwem wyborczym uległego wobec niej Obamy, przeniosła na wyższy poziom wielką kampanię nacisków mających za zadanie przestraszyć społeczeństwa zachodnie, aby te wywarły presję na ich głównego przywódce – prezydenta USA, by ten porzucił śmiały projekt Tarczy. Moskwa liczy na to, że spolegliwość a wręcz pacyfizm przyszłej głowy państwa w Stanach, ułatwi osiągnięcie sukcesu w tej materii.

Faktem jest, że tarcza antyrakietowa nie zagraża Rosji a jedynie jej interesom w Europie Środkowo-wschodniej. Miedwiediew nie może pozwolić, by nieoficjalna strefa wpływów rosyjskich cofnęła się za Bug, a biorąc pod uwagę powstające plany przyjęcia Gruzji i Ukrainy do NATO, dużo dalej. Oczywistością również jest, że rozmieszczenie rakiet Iskander wokół Kaliningradu nie zakończy się wojną atomową, ani zimną wojną, ani żadną inną wojną poza pyskówkami w mediach, ponieważ Rosji nie stać na walkę z Zachodem. Już raz przegrali i wiedzą, że następnym razem również by się tak stało.

Rosyjska propaganda ma na celu wmówić Europie, że Rosjanie są w stanie mierzyć się z potęgą zjednoczonego Zachodu, a tym samym mogą stawiać warunki Stanom Zjednoczonym. Chodzi o wbicie klina między UE a USA – jak możemy obserwować obecnie, realizacja tego planu posuwa się coraz szybciej naprzód. Pisałem już o tym kilka razy i powtórzę po raz wtóry – to, że Rosja jest w ogóle brana pod uwagę w sprawie Tarczy to i tak bardzo dużo, a wszystko dzięki ruskim szczekaczkom typu Russia Daily piorącym mózgi co mniej bystrym Europejczykom.

Opcja ,,zero”, o której mówi Miedwiediew, to kolejny myk propagandowy mający obronić rosyjskie interesy w naszym regionie. To oszustwo polegające na wmówieniu silniejszym państwom zachodnim, że są one słabsze od Moskwy. To w rzeczywistości opcja jeden – zero. Jeden dla Moskwy, zero dla Zachodu.

Podobne artykuły

* Wielikaja Rassija to tylko propaganda
* Mit o wielkiej Rosji obezwładnia Zachód

11
lis
08

Dzień podległości?

{{pl}}Lech Kaczyński, Donald Tusk. Desygnowani...

Kiedy 11 listopada 1918 roku Józef Piłsudski przejął z rąk Rady Regencyjnej kontrolę nad wojskiem a co za tym szło, faktyczną władzę nad większością do tej pory okupowanych ziem polskich i gdy wojska trzech upadłych zaborców ostatecznie utraciły panowanie nad polskim terytorium, od Gdańska po Kraków, i od Poznania po Lwów w powietrzu czuć było nadchodzącą niepodległość.

Kiedy w kwietniu 1937 roku ustanowiono 11 listopada Świętem Narodowym, w odradzającej się ze zgliszczy Rzeczpospolitej również czuć było niepodległość. Prawdą jest, że owa niezawisłość, poważnie już wtedy zagrożona ze strony dwóch totalitaryzmów – faszyzmu oraz komunizmu, została dwa lata później zniwelowana. Na papierze akt ów dokonał się przy podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow, praktycznie niepodległość odebrano Polsce gdy ostatni żołnierz Kampanii Wrześniowej upadł od strzału germańskiej bądź radzieckiej kuli. Jednak mimo to, niezaprzeczalnym jest, że lata międzywojenne to okres w którym Polacy mogli z dumą świętować niepodległość swego kraju. Czy dzisiaj z taką samą jak wtedy pewnością, możemy stwierdzić, że Rzeczpospolita Polska jest panstwem niepodległym? Niestety wszystko wskazuje na to, że dwudziestolecie międzywojenne było ostatnim okresem istnienia prawdziwej Wolnej Polski, bo Państwa Polskiego za czasów III Rzeczypospolitej takim mianem określić po prostu nie przystoi. Szczególnie ostatnio.


Euro za wszelką cenę

Jak wiadomo, rząd Donalda Tuska praktycznie codziennie karmi nas nowymi sensacjami mającymi w praktyce przekonać każdego Polaka, że od 21 października 2007 w Polsce robi się tylko i wyłącznie lepiej a to dla tego, że Rzeczpospolita staje się coraz bardziej otwarta, kompromisowa a przede wszystkim europejska. Sam Tusk zdaje się wierzyć w tę prawidłowość tak ślepo, że nie dostrzegłszy wad jakie niesie ze sobą integracja Europy na modłę parysko-berlińską, na gwałt chce uczynić nasz kraj najbardziej europejskim w Europie, wręcz hipereuropejskim. Stąd niewytłumaczalne parcie w stronę przyjęcia wspólnej waluty. Pal sześć hiperinflację, która ma miejsce w każdym kraju który przyjmuje Unię. Pal sześć zdanie obywateli, którzy być może utrudniliby przyjęcie Euro stanowczym nie w ewentualnym referendum. Ale powszechnego głosowania w tej sprawie nie będzie. Nie ma czasu na zastanowienie, europieniądz ma być i basta. Bo prawdziwym postępowym europejczykiem musi zostać każdy z nas, także i w tej dziedzinie. Prezentowana w tej sprawie mentalność władzy to emanacja jednego wielkiego kompleksu biednego krewnego ze wsi, który robiąc wszystko, by upodobnić się do zamożniejszych i bardziej okrzesanych ziomków, bezmyślnie małpuje zaobserwowane u nich zachowania i aby jak najgłębiej wejść w pupę poddaje się całkowicie ich woli. Stanowisko Tuska wobec Euro to skrajne zaślepienie i służalcza niezdolność do krytycznego spojrzenia. Czy tak się zachowuje władza niepodległego kraju?


Sojusznicza zdrada

My, Polacy, pamiętający wielką niesprawiedliwość jaką były ugody aliancko-sowieckie zawierane w czasie trwania i tuż po II wojnie światowej

ponad głowami Polaków, które to skazały Rzeczpospolitą na 6 lat faszyzmu i prawie 50 lat komunizmu, musimy zauważyć analogię tamtej zdrady ze zdradą dzisiejszą której nasze władze się dopuszczają. Nasz sojusznik i strategiczny partner – Gruzja, pozostawiony przez świat na pastwę rosyjskiego imperializmu, nadal potrzebuje wsparcia politycznego z Zachodu. Stara Europa najchętniej zapomniałaby o gruzińskich obywatelach zabitych przez rosyjskich sołdatów w czasie trwania wojny z Rosją. Zachodni Europejczycy nazywają ją konsekwentnie konfliktem. Jakby rosyjscy żołnierze przekroczyli granice suwerennego państwa gruzińskiego jedynie w poszukiwaniu wódki a cały ,,konflikt” polegał na tym, że Gruzin w monopolowym źle wydał resztę i Rosjanie się wycofali pogniewani. Zachód, którego nowym przywódcą będzie niebawem Barack Obama wolałby o Gruzji nie pamiętać i w spokoju układać się z kremlowskimi imperialistami na ruinach Gori i Chinchiwali. Donald Tusk również zapragnął owej amnezji, wysyłając Sikorskiego, aby ten pomimo niewyjaśnionej sprawy gruzińskiej, zgodził się na odnowienie negocjacji Rosji z Unią Europejską, zamrożonych wobec wojny na Kaukazie. Nie przebierając w słowach można stwierdzić, że jest to zdrada. To zdrada sojusznika. Ponadto jest to zdrada sprzymierzeńca w postaci Litwy, która razem z Polską odważyła się blokować proces zapominania o Gruzji i nie zgodziła się na pertraktacje z rosyjskim imperializmem. Dziś słaby głos Wilna bez wsparcia Warszawy utonął we rwetesie brukselskich szczekaczek, które ów głos po prostu pominęły w dyskusji. Ugodowa i służalcza polityka zagraniczna rządu Rzeczpospolitej doprowadziła do zniszczenia sojuszu strategicznego z Litwą, zszargała reputację Polski w oczach pozostawionej samej sobie Gruzji oraz innych państw, które potrzebowały współpracy z Polską. To przekreślenie szans na sojusz państw środkowo-europejskich, który marzył się już Piłsudskiemu, a do którego stworzenia próbowali doprowadzić bracia Kaczyńscy. Polityka zagraniczna rządu PO-PSL to zdrada polskiego interesu narodowego. Czy tak szkodliwa dla państwa polityka zagraniczna może być prowadzona przez władzę niepodległego kraju?

Kapitulacja

Rząd Donalda Tuska doprowadził w czasie swojego istnienia do zaprzepaszczenia wszelkich sukcesów osiągniętych przez swoich poprzedników. Ów rząd sam wypuścił z rąk najsilniejsze polskie karty przetargowe i zgodził się na wszelkie warunki stawiane przez rzekomych partnerów oraz oponentów politycznych. Rzeczpospolita Polska traci dziś suwerenność na rzecz brukselskiej biurokracji a jej osłabiony głos milknie wobec zgodnego skowytu zachodnich stolic oraz Moskwy. W 1918 roku Piłsudski, Dmowski i każdy jeden Kowalski mogli być pewni, że ich kraj się odradza i stał się niepodległy. Czy, po dziewięćdziesięciu latach w roku 2008, my, Polacy, potrzebujemy jeszcze jakichś dodatkowych dowodów na to, że obecnie nasz kraj swoją niepodległość na nowo traci?

Reblog this post [with Zemanta]
28
paź
08

Odrzucenie Traktatu z Lizbony w interesie Europy

W prowadzonej od jakiegoś czasu batalii promotorów i przeciwników Traktatu Lizbońskiego, pojawił się dziś nowy argument za jego przyjęciem. Co ciekawe, przedstawił go obywatel Irlandii – jedynego kraju członkowskiego UE, którego rząd sięgnął po najdemokratyczniejsze z narzędzi politycznych pod tytułem referendum, by zapytać się suwerena o zdanie na ten temat.

Europejskiego matrixa ciąg dalszy

Jak ogólnie wiadomo, naród irlandzki nie zgodził się na ratyfikację tego dokumentu. Powszechnie wiadomo też, że europejska administracja, nie zważając na zasady leżące u fundamentów europejskiej wspólnoty, żąda obecnie od Irlandczyków powtórzenia referendum. I to powtórzenia, które nareszcie przyniesie wynik zadowalający brukselskich urzędników. W tą akcję aktywnie włącza się irlandzki ,,ekspert” Tim Bourke, który na łamach dziennika “Irish Times” prezentuje opinię, że tylko zjednoczona Traktatem Lizbońskim Europa ma szansę cokolwiek osiągnąć w konflikcie energetycznym z Rosją. Ów specjalista swoją wypowiedzią przygotowuje grunt pod nowe referendum na Szmaragdowej Wyspie, które tym razem MUSI wypaść pomyślnie dla unijnej biurokracji.

Cyrograf Lizboński

Pogląd Tima Bourka jest całkowicie nietrafiony i mam nadzieję, że wynikający, nie ze złych intencji, a jedynie z nieumiejętności analitycznych owego badacza. Otóż Traktat Europejski ma ustanowić na naszym kontynencie nowe reguły legislacji unijnej – reguły, które można śmiało sprowadzić do jednej zasady. A owa zasada to prawo silniejszego. Oczywistym jest, które kraje będą miały najwięcej do powiedzenia w nowej, zreformowanej Unii. Tak samo oczywiste jest, jaką politykę względem Rosji owe państwa prowadzą. Czy przeciętny zjadacz bagietek w ogóle zwróci uwagę na los polskich rafinerii zagrożonych rosyjską dominacja? Powstaje metaforyczne pytanie – czy tym razem, w żywotnej dla interesów całej Europy sprawie, Francuzi będą chcieli umierać za Polskę? Czy Niemcy będą do tego skłonni? Odpowiedzi na to pytanie każdy polski obywatel powinien udzielić sobie sam. Dla mnie sprawa jest jasna – wspólna polityka energetyczna Unii pod przewodnictwem Berlina i Paryża to ugody z Rosją nad głowami Polaków.
Dla Irlandczyków owa kwestia powinna być równie jasna. Czy nieliczący się z ich zdaniem Merkel i Sarkozy nagle zaczną je brać pod uwagę w żywotnych dla Irlandii, a często sprzecznych z interesem Francji i Niemiec, sprawach? O nie, tak samo jak dla Polaków, tak dla irlandzkich obywateli jasnym powinno być, że wprowadzenie Traktatu Lizbońskiego to zjednoczenie okupione zniwelowaniem demokracji. To zgoda na wyższość racji kraju silniejszego, w sytuacji gdy ani Irlandia, ani Rzeczpospolita Polska krajami silnymi nie są. To wasalizacja i zdrada interesu narodowego owych państw.

Plan Kaczyńskiego

Zgoda na ów niewolniczy cyrograf to jednocześnie głupota oraz ignorancja. Przecież powstały projekty, mające potencjał chronić europejską energetykę o niebo lepiej, niż ów Świstek z Lizbony. Już dawno temu proponowany przez ludzi Kazimierza Marcinkiewicza, a dziś prezentowany w nowym opakowaniu przez ekipę Donalda Tuska, proponowany zapis w prawie UE, to remedium na zagrożenie unijnego rynku ropy naftowej i gazu.
Za Wirtualną Polską (9.10.2008): Podstawą proponowanego paktu solidarności energetycznej jest nowa definicja “sytuacji kryzysowej”. Obecny zapis, przewidujący reakcję UE w przypadku, gdy wystąpią “znaczące zakłócenia dostaw”, czyli 20% unijnego (UE-27) zapotrzebowania na gaz, Polska chce zastąpić regulacją uruchamiającą procedury w razie zagrożenia połowy planowanych dostaw dla pojedynczego państwa członkowskiego, bez względu na obszar czy potencjał ludnościowy.


To realizacja pomysłu Lecha Kaczyńskiego z 2005 roku, który zakładał stworzenie paktu energetycznego w Europie, mającego zapobiec rosyjskiej dominacji w europejskiej energetyce, a co za tym idzie w polityce wewnętrznej i zagranicznej krajów członkowskich. To koniec moskiewskich pogróżek i szantażów. To współpraca na uczciwych i demokratycznych zasadach. To przeciwieństwo Traktatu Lizbońskiego.

Prawo silniejszego czy prawo demokratyczne?

Narody Europy stoją dziś u progu wielkich zmian. Bardzo prawdopodobne, że europejska biurokracja po raz kolejny postąpi wbrew swemu prawu i nakaże obywatelom Irlandii po raz kolejny podejść do referendum. Wtedy o kierunku zmian zadecydują obywatele tego państwa. Losy Europy zależeć będą od małego kraiku, który dawniej był kojarzony jedynie z biedą i ziemniakami, a dziś stawiany jest za wzór mądrej polityki gospodarczej, która doprowadziła do prawdziwego rozkwitu na Szmaragdowej Wyspie. Miejmy nadzieje, że naród irlandzki wybierze zmiany na lepsze, przez co pokaże brukselskiej biurokracji, czym tak naprawdę jest demokracja. Tym samym pokaże czym jest wola narodu i po raz kolejny odrzuci ten bezużyteczny w każdej kwestii ,,dokument”. Zwycięży prawo silniejszego czy prawo demokratyczne? O tym przekonamy się już niebawem.


Podobne artykuły

Reblog this post [with Zemanta]
18
paź
08

Jest jedna Polska, czyli polemika z Rybitzkim

Bloggerstwo, to hobby, jak każde inne. Tak, jak zbieranie znaczków, malowanie obrazów czy łowienie ryb. Dla niektórych takie hobby może się stać czymś więcej – pasją lub wręcz spędzającym sen z powiek uzależnieniem. Jednak tak, jak rybak który, miewa dni, w których od wczesnego świtu do południa nie może nic złowić, tak samo blogger, może mieć zły dzień i napisać słabą notkę. Tak było w tym przypadku.
Chodzi o artykuł Rybitzkiego z dnia 18 pażdziernika pt. ,,Nie ma jednej Polski, czyli o niemożliwości porozumienia.” Autor przedstawia w nim argumenty, przemawiające za tym, że nie ma jednej wizji Rzeczpospolitej, oraz stwierdza, że nikt nie ma prawa reprezentować ,,opinii ogólnonarodowej”, gdyż tej nie ma. (Rozumiem, że docelowo Rybitzkiemu chodziło o fakt, że każda opinia jest subiektywna, co samo w sobie jest banałem).

Nie zakładam złych intencji autora, ale z jego tekstu można wyłuskać kilka cytatów, niepokojących każdego kolegę bloggera znajdującego się teoretycznie po tej samej stronie politycznej barykady. Już na samym początku Rybitzky stwierdza, że ,,nikt nie ma monopolu na reprezentowanie całego społeczeństwa dosyć dużego państwa”. Jest to niestety stwierdzenie całkowicie fałszywe i zgodzi się tu ze mną każdy, kto rozumie podstawy systemu demokratycznego. Otóż, w państwie, w którym obowiązuje taki system, społeczeństwo jest reprezentowane przez wybieranych kadencyjnie urzędników zwanych politykami – prezydent, premier, ministrowie, posłowie i senatorzy. Na pewno każdy z nas co nie co o takich słyszał.
Nie zatrzymując się dłużej nad tym drobnym ale ważnym niuansem, przejdę do meritum wpisu.

Stwierdzenie pojawiające się w dalszej części tekstu jest kluczowe dla zrozumienia błędu, jaki popełnił Rybitzky w swoim wpisie a który mnie, skromnego krytyka, przyprawia o dreszcze. Ryba mówi – Nigdy nie można rzec, iż np. Lech Kaczyński lub odwrotnie – Donald Tusk, przynoszą wstyd Polsce. Bo komuś czyny jednego z nich się nie podobają, lecz komuś innemu jak najbardziej. I odwrotnie – Czy wolno nam choć pisnąć, że Hitler i Stalin przynosili wstyd swoim
ojczyznom, skoro tak wielu Niemcom i Rosjanom ich decyzje się podobały, ba, niektórzy nawet te decyzje z uśmiechem na twarzy wprowadzali w życie odpowiednio w Waffen SS i NKWD? Rybitzky dopuścił się tu relatywizacji, na którą, żaden człowiek posiadający kręgosłup moralny nie może sobie pozwolić. Taki tok myślenia może doprowadzić do zdeprecjonowania pojęć prawdy i kłamstwa. Skoro ja mam swoją prawdę, a ktoś ma inną, to znaczy, że obiektywnej prawdy nie ma w ogóle. To błędne myślenie, wynikające z mylenia faktów z opiniami. Otóż, w przeciwieństwie do opinii, fakt (z natury obiektywny) da się konkretnie ustalić i ocenić na podstawie obiektywnego kryterium jakim jest racja stanu/dobro wspólne, jakkolwiek nazwać (tak, tak drodzy lewicowi przyjaciele, polityka to zarządzanie zbiorowością, a nie, jak wielu z was zapewne by chciało, spełnianie marzeń każdej poszczególnej jednostki).

W dalszym toku artykułu Ryba formułuje tezę, z którą całkowicie się zgadzam – Nie ma jednak żadnego sensu dyskusja z osobami wierzącymi w coś zupełnie innego niż my – to prawda, różniące się od siebie systemy wartości nigdy nie stworzą fundamentu pojęciowego do jakiejkolwiek dywagacji. Problem polega na tym, że jeśli chcemy mówić o Polsce, to musimy brać pod uwagę tylko i wyłącznie kryterium jej dobra. Niestety ludzie wyznający inne wartości (zakładam, że w domyśle lewacy) nie uznają polskiej racji stanu za wartość najwyższą, przez co dobro Ojczyzny nie stoi na pierwszym miejscu w ich hierarchii aksjologicznej. Dla eurolewicy wyżej znajduje się dobro ,,wspólnoty europejskiej”, dla ultraliberałów wolność jednostki. Biorąc pod uwagę polską rację stanu, można bardzo łatwo obiektywnie ocenić, która wizja Polski będzie dla naszego kraju najwłaściwsza. Nie ma tu miejsca na relatywizm. Potrzebna jest chłodna kalkulacja.

Tekst Rybitzky’iego kończy się zawadiackim podsumowaniem – Co więc pozostaje nam robić? Cóż, w zasadzie tylko jedno. Sprawić, by wygrała nasza wizja Polski – tu też całkowicie się zgadzam. Aby tak się stało, trzeba stworzyć partię, pójść na milion kompromisów i w końcu wygrać wybory. Albo pójść na skróty i w drodze wyborów wybrać sobie reprezentanta. O to właśnie chodzi w polityce i takie zakończenie z lubością mi się czyta. Tylko niepotrzebne te relatywizujące wtręty tu i ówdzie.

Bloggera Rybitzky’ego serdecznie pozdrawiam.

12
paź
08

Alternatywa dla PiS?

Niebywale śmieszny jest fakt, z jaką intensywnością i zapałem wszelkiej maści lewicowa tłuszcza, usiłuje pomóc zagubionym prawicowym oszołomom znaleźć polityczną reprezentację dla ich poglądów w zastępstwie dla złego, zużytego Prawa i Sprawiedliwości i, co rusz chwali swego nowego bohatera Ludwika Dorna, za to, że ten waży się przeciągać kłótnię z Jarosławem Kaczyńskim na oczach całej Polski.Law and Justice's logo

W swoim wcześniejszym artykule podjąłem się analizy, która miała jasno wyłuszczyć kto i jaki interes ma w tym, by ludzie ostatecznie odwrócili się od PiSu na rzecz bliżej nieokreślonej ,,alternatywy”. Faktem jest, że takiej alternatywy w rzeczywistości nie ma. Co nie znaczy, że Polskiej Zjednoczonej Partii Właścicieli Polski nie stać na stworzenie takowej. W obliczu szybko postępującego rozwoju wydarzeń, powstaje nowe pytanie. Czemu służy nagłe ale dziwnym trafem doskonale skoordynowane ogólnopolskie rozbudzanie miłości do Dorna i postpisowskich środowisk rozłamowych? Czemu do niedawna znienawidzony i pogardzany przez media były marszałek Ludwik D. w medialnym przekazie przeobraził się z dnia na dzień w dyżurną ofiarę kaczystowskich watah oraz ostatniego reprezentanta zdrowego rozsądku w partii Ciemnogrodu? Czemu do niedawna zmarginalizowany Jan Rokita, a z nim Marek Jurek, Kazimierz Ujazdowski i cała reszta prawicowego planktonu, będącego w większości skupiskiem bezbarwnych politycznych impotentów, stali się nagle liczącym głosem w politycznym sporze? Czemu ,,niezależne” media niemal siłą zaciągają dziś tych antypostępowych dzikusów do studiów w swoich radiostacjach, czy salach nagrań i zapewne przypadkiem, wszyscy ci panowie piszą i mówią na łamach owych mediów głównie o rzekomej potrzebie stworzenia nowej opcji politycznej na prawicy?

Otóż, w świadomości politycznej przeciętnego Polaka postanowiono wykuć wyłom i po sprawnym zakodowaniu w niej informacji, że PiS jest partią bez szans na jakąkolwiek przyszłość na prywiślańskiej scenie politycznej, postawiono kolejny krok – wyznaczono alternatywę dla tej partii. Alternatywę w rzeczywistości iluzoryczną. W masowej opinii publicznej ma powstać przekonanie, że jeśli ktoś już koniecznie chce być tym jaskiniowym antykomunistą i oszołomem, to nie powinien dłużej pokładać nadziei w formacji Jarosława Kaczyńskiego. Dziennik i inne zatroskane o dobro polskich obywateli media lansują dziś tezę, że każdy szanujący się prawicowiec, powinien przelać swe zaufanie z PiSu, na drobnicę pokroju ruchu Polska XXi lub Prawicy Rzeczpospolitej. To ma być ta alternatywa, która nie popełni sakramentalnych grzechów, których dopuściło się Prawo i Sprawiedliwość, za to szybko i sprawnie zadba o realizację postulatów polskiej prawicy.

Prawda jest taka, że zarówno bezkształtne środowisko Jana Rokity, jak i anemiczne koło polityczne skupione wokół Marka Jurka, nie są w stanie wywalczyć dla polskiej prawicy czegokolwiek, ba – w manifeście ideowym Polski XXI nie ma żadnej konkretnej informacji o zamiarach przeprowadzenia lustracji, dekomunizacji i innych potrzebnych Rzeczpospolitej przemian. Te środowiska to prawica ugrzeczniona, ubezwłasnowolniona, wykastrowana. I takiej prawicy chcą dla Polski jak zwykle życzliwe dla jej racji stanu polskojęzyczne media. Nawet najzatwardzialsi prawicowcy mają odwrócić się od, zdaniem mediów, awanturniczego, nieporadnego PiSu i oddać swe poparcie Rokicie bądź Jurkowi – ci już zadbają o to, by prawicowe postulaty nie zostały nigdy zrealizowane. A wszystko pod zasłoną nośnych hasełek o potrzebie kompromisu i konieczności poszanowania pluralizmu w demokracji.

To klasyczna manipulacja pochodząca z tego, co zawsze źródła. Środowiska zawłaszczające sobie dziś Polskę zdały sobie sprawę, że Polakom nie uda się wybić z głów zapotrzebowania na silną, centroprawicową partię. Chcą więc koniecznie doprowadzić do tego, aby tą partią przestało być Prawo i Sprawiedliwość. Takie same wybiegi zastosowano w Rosji, kiedy to demokratyczna opozycja osiągneła niepokojąco duże poparcie społeczne i dla ukrócenia tej swawoli, stworzono przy pomocy służb partię o bliźniaczo podobnym programie, jednak znajdującą się pod całkowitą kontrolą Kremla. A wszystko po to, by zabrać prawdziwie opozycyjnej partii jak najwięcej punktów procentowych poparcia.

Rosjanie chwycili haczyk i po raz enty dali się zmanipulować zawłaszczającym ich ojczyznę byłym oficerom KGB przebranym dziś za oligarchów. Czy z Polakami będzie inaczej? Czy byłym funkcjonariuszom WSI oraz różowej elitce uda się sprać polskie mózgi po raz kolejny?

Artykuł z bloga Koniec Czerwonego Matrixa z 6 pażdziernika 2008 roku.

Reblog this post [with Zemanta]



 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« gru    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  
Czerwony Matrix to kłamstwo medialne, polityczne i społeczne promowane od kilkudziesięciu lat we wszystkich postępowych ośrodkach wpływu.